22 Gáborów, wójt-kameleon i toaleta za miliony. Największe smaczki wyborów samorządowych na Słowacji - Słowacystka

11.10.2026

22 Gáborów, wójt-kameleon i toaleta za miliony. Największe smaczki wyborów samorządowych na Słowacji

Słowacja wybory

Lokalna polityka rzadko kojarzy się z porywającym widowiskiem — zazwyczaj to festiwal obietnic naprawy dróg, osiedlowych latarni i remontu lokalnej szkoły. Jednak za naszą południową granicą zbliżające się wybory samorządowe przynoszą historie, których nie powstydziliby się scenarzyści najlepszych satyr politycznych. 


Wokół słowackiej kampanii narosło tyle osobliwych przypadków, że postanowiłam zebrać te najciekawsze w jednym miejscu. Oto mały przegląd najdziwniejszych, najbardziej absurdalnych i zaskakujących akcentów samorządowego wyścigu u naszych sąsiadów.

1. Festiwal jednakowych nazwisk. Gdzie szukać 22 Gáborów?


Największe wyzwanie dla wyborczej uwagi czeka mieszkańców gminy Kecerovce w powiecie Koszyce-okolica. O 11 miejsc w radzie gminy powalczy tam aż 63 kandydatów, jednak prawdziwym łamigłówką okazuje się sam arkusz do głosowania. Nazwiska ubiegających się o mandat są do złudzenia do siebie podobne, a spora część z nich nosi wręcz identyczne imiona i nazwiska.

Najpopularniejszym nazwiskiem na liście jest Gábor — nosi je aż 22 mężczyzn (oraz dwie kobiety). Wyborcy znajdą wśród nich m.in. dwóch Marków Gáborów, dwóch Michalów, dwóch Romanów oraz... aż czterech Petrów Gáborów. Co ciekawe, dwóch z tych ostatnich ma dokładnie po 42 lata! Na szczęście można ich rozróżnić po wykonywanym zawodzie i popierającej ich partii: jeden jest operatorem startującym z Partii Koalicji Romskiej, a drugi bezrobotnym wspieranym przez Słowacką Partię Narodową. Na tym zamieszanie się nie kończy — o mandat radnego ubiega się też 9 panów o nazwisku Vidlička (w tym dwóch Slavomírów), 6 panów Ďuraško oraz po kilku kandydatów o nazwiskach Červeňák, Pecha czy Sameľ.


2. Wygrana bez walki: Wyborczy „pewniak” w ponad tysiącu gmin


Podczas gdy w większych miastach kampania wre, w dokładnie 1 014 słowackich gminach wynik wyborów na wójta jest już rozstrzygnięty. Zarejestrowano w nich tylko po jednym kandydacie — wystarczy im oddanie dosłownie jednego ważnego głosu (nawet przez samego kandydata!), aby objąć urząd. Rekordzistami pod tym względem są powiaty Rymawska Sobota (44 gminy z jednym kandydatem) oraz Svidník (30 gmin).

Co ciekawe, w słowackich małych miejscowościach władza bywa wręcz dziedziczna. W gminie Baláže po raz trzeci z rzędu wygra 37-letni Róbert Chaban, który urząd przejął po swoim ojcu. Podobnie sytuacja wygląda w gminie Záborie (174 mieszkańców), gdzie drugą kadencję bez żadnej konkurencji rozpocznie Katarína Kurhajcová Záborská — również kontynuująca rodzinną tradycję.


Dlaczego brakuje chętnych do rządzenia?


Brak chętnych do prowadzenia małych gmin to efekt kilku czynników. Dotychczasowi wójtowie wskazują przede wszystkim na ogromną biurokrację, przytłaczającą odpowiedzialność („praca 24 godziny na dobę”) oraz nieadekwatne zarobki. W małych gminach często nie ma budżetu na dodatkowych pracowników, więc wójt musi być ekspertem od wszystkiego — od księgowości i skomplikowanych wniosków o dotacje po bieżące sprawy komunalne.

Gminy „widma” i widmo likwidacji


Jeszcze bardziej osobliwa sytuacja występuje tam, gdzie nikt nie chce zostać nawet radnym. W miejscowościach Lipovec, Michalková i Girovce nie zarejestrowano ani jednego kandydata na wójta czy radnego (odbędą się tam jedynie wybory do władz regionalnych). W 18 innych gminach brakuje wystarczającej liczby kandydatów, by w ogóle skompletować radę.

Dla całkowicie sparaliżowanych miejscowości rząd przygotował nowe przepisy: jeśli gmina dwukrotnie nie zdoła wybrać rady i wójta, zostanie oficjalnie uznana za „niefunkcjonalną” i automatycznie wcielona do najbliższej działającej sąsiadki. Choć zachowa swoją tradycyjną nazwę, przestanie istnieć jako osobny podmiot administracyjny.

3. Wójt-kameleon. Co cztery lata z innej partii


W maleńkiej wsi Pribiš na dolnej Orawie (zamieszkanej przez niespełna 500 osób) rekordy elastyczności politycznej bije obecny wójt, 38-letni Rastislav Suroviak. Po raz pierwszy objął urząd w 2014 roku jako 26-latek reprezentujący koalicję Sieť i SDKÚ. Cztery lata później w wyborach wystartował już z listy Słowackiej Partii Narodowej (SNS). Kolejne wybory przyniosły kolejną zmianę — obecną kadencję kończy pod sztandarem chrześcijańsko-demokratycznego KDH.

W nadchodzących wyborach pan Suroviak znów postanowił odświeżyć swoje polityczne barwy i powraca na listy... Słowackiej Partii Narodowej (SNS). Co ciekawe, jako jedyny kandydat na wójta w całej gminie wygraną ma już w kieszeni — niezależnie od tego, pod jakim szyldem akurat startuje!


4. Smażony kurczak, imprezy do rana i... mroczna przeszłość kandydata


W Komárnie wyścig o fotel burmistrza obfitował w wyjątkowo barwne zwroty akcji. Początkowo wśród kandydatów znajdował się 31-letni Július Banda, przedstawiający się jako dziennikarz i redaktor naczelny lokalnego portalu. Jego program wyborczy mocno wyróżniał się na tle konkurencji — oprócz standardowych obietnic tworzenia miejsc pracy czy rozwoju zieleni, Banda obiecywał mieszkańcom m.in. całodobową aptekę, dyskoteki do 6:00 rano, otwarte nocą restauracje oraz sprowadzenie do miasta znanej gastrosieci z chrupiącym, smażonym kurczakiem.

Cofnięte poparcie na chwilę przed wyborami


Obietnice imprez i fast foodów nie wystarczyły jednak, by utrzymać poparcie wspierającej go partii MySlovensko. Ugrupowanie oficjalnie wycofało jego kandydaturę z powodu „nowo ujawnionych faktów z przeszłości”, które kandydat zataił przy nawiązywaniu współpracy. Choć nazwisko Bandy z przyczyn technicznych pozostanie na kartach do głosowania, żaden oddany na niego głos nie zostanie wliczony do wyników. 

Czym była owiana tajemnicą przeszłość kandydata? W 2019 roku, po tragicznym wybuchu gazu w wieżowcu w Preszowie (w którym zginęło 8 osób), Banda założył prywatną zbiórkę pieniędzy na rzecz poszkodowanych. Jednak okazało się, że zbiórka nie była nigdzie zarejestrowana, a sam organizator podawał nieprawdziwe informacje o wsparciu akcji przez policję i miasto. Sprawą nielegalnego zbierania funduszy i podejrzanych wiadomości wysyłanych do darczyńców musiała zająć się policja. Sam kandydat odpierał zarzuty, twierdząc, że na konto zbiórki ostatecznie... nie wpłynęło ani jedno euro.


5. Z jednego obozu na wojnę o region. Dwa oblicza słowackiej skrajnej prawicy


W kraju bańskobystrzyckim (BBSK) wybory na przewodniczącego województwa (czyli słowackiego kraju) mają wyjątkowo pikantny podtekst. O najważniejszy fotel powalczy dwóch dawnych politycznych wspólników z ultraprawicowej Partii Ludowej Nasza Słowacja (ĽSNS) — Marian Kotleba oraz Miroslav Suja. Kiedyś rządzili regionem ramię w ramię, dziś są zaciekłymi rywalami pod różnymi szyldami. Jak zauważają politolodzy, Kotleba reprezentuje dawny styl, podczas gdy Suja to nowsze, odświeżone oblicze skrajnej prawicy z ugrupowania Republika.

Symboliczne 1 488 euro i sprzęt drogowy za 1 euro


Za oboma kandydatami ciągnie się spory bagaż kontrowersji z czasów ich poprzednich rządów w regionie:

Marian Kotleba zasłynął sprawą sprzed lat, gdy jako župan wręczał ubogim rodzinom symboliczne czeki na kwotę 1 488 euro (liczba nawiązująca do rasistowskiej i neonazistowskiej symboliki). Został za to prawomocnie skazany, co wygasiło jego mandat poselski. Za jego kadencji region stracił też możliwość pozyskiwania funduszy unijnych z powodu skandalu z nielegalnym zatrudnianiem pracowników.

Miroslav Suja jako wicedyrektor regionalnej spółki drogowej brał udział w transakcji, która do dziś ma swój finał w sądzie. Zdecydował o sprzedaży 103 sztuk sprzętu drogowego (m.in. koparek i pługów) prywatnej firmie za... symboliczne 1 euro. Biegły wycenił wartość tego majątku na niemal 70 tysięcy euro. Suja odrzuca zarzuty i twierdzi, że był to stary złom, którego utylizacja kosztowałaby majątek.

Kto ma większe szanse w tym pojedynku?


Analitycy wskazują, że choć obaj rywalizują o podobny elektorat, dawni wyborcy Kotleby powoli przechodzą w stronę Sui. Mimo tej gorącej walki na prawicy, faworytem wyścigu pozostaje obecny gospodarz kraju Ondrej Lunter, wspierany przez szeroką koalicję partii i środowisk bezpartyjnych.
Największe absurdy nie omijają też stolicy. Obecny minister transportu, Jozef Ráž (nominowany do rządu przez partię Smer-SD), postanowił wystartować na prezydenta Bratysławy. Zarzeka się przy tym z powagą, że jest kandydatem całkowicie „niezależnym” i absolutnie nie reprezentuje żadnego ugrupowania.

Szybko wyszło jednak na jaw, że jego „niezależność” ma mocne, rządowe wsparcie. Podczas gdy pociągi na Słowacji mają rekordowe opóźnienia, a dworzec główny w Bratysławie od lat błaga o gruntowny remont, pan minister zwołał specjalną konferencję prasową, by z dumą ogłosić swój pierwszy gigantyczny sukces: odnowione dworcowe toalety za prawie 2 miliony euro. Minister tak bardzo cieszył się ze swojego sukcesu, że chyba nie wziął pod uwagę, że chwalenie się toaletami jest raczej powodem do wstydu i przyznaniem się do niezdolności państwa do poprawy stanu stacji. Warto dodać, że wcześniej ten sam minister przez lata przekonywał, że dworzec główny w Bratysławie należy przenieść w inne miejsce, po czym zlikwidował specjalną komisję przygotowującą jego wielką przebudowę. Urzędujący prezydent miasta, Matúš Vallo, nie krył oburzenia, wytykając ministrowi, że wyremontowane WC i obietnica wydania 20 milionów euro na kosmetykę stacji nie rozwiążą problemów starych peronów, braku schodów ruchomych czy niedostosowania obiektu do potrzeb osób niepełnosprawnych.
Prawdziwy festiwal absurdu zaczyna się jednak przy próbie skorzystania ze słynnych toalet. Chociaż minister publicznie chwali się inwestycją i mówi, że jest z niej dumny, wiszące na dworcu oficjalne kartki ze strzałkami i tak kierują niczego nieświadomych pasażerów... do stojących na zewnątrz tymczasowych budek, gdzie za skorzystanie trzeba zapłacić dwa razy więcej (1 euro zamiast 50 centów w budynku)! Jakby tego było mało, część remontu wspomnianych toalet w podziemiach i tak opóźnia się z powodu „wysokiej wilgotności”, a turyści z braku jakiejkolwiek nawigacji siedzą na posadzce w podziemiu, nie mając pojęcia, że obok znajduje się wyremontowana i klimatyzowana poczekalnia.

Żeby dopełnić obrazu tej „niezależnej” kampanii, bratysławskie struktury Smeru zaczęły zapraszać mieszkańców na tradycyjne festyny z darmowym gulaszem — słynny, sprawdzony smeracki sposób na zdobywanie żołądków i głosów wyborców. O tym pisałam też tu ↓↓↓↓

***

Słowackie wybory samorządowe to doskonała przypominajka, że polityka na szczeblu lokalnym rzadko bywa nudna. Od kłopotów z rozróżnieniem kandydatów o tym samym nazwisku, przez kandydatów-pewniaków i wójtów chętnie zmieniających partie, aż po ministra, dla którego symbolem sukcesu stała się wyremontowana toaleta — tegoroczna kampania u naszych sąsiadów dostarcza emocji na każdym kroku. Wyniki głosowania poznamy już niebawem, ale jedno jest pewne: lokalny krajobraz polityczny na Słowacji po tych wyborach znów nas czymś zaskoczy.


Mam nadzieję, że dowiedzieliście się czegoś nowego!

 
Jeśli doceniasz czas poświęcony na przygotowanie tego artykułu, wesprzyj moją twórczość na trzy proste sposoby:
✦ zostaw tu swój komentarz – chętnie poznam Twoje zdanie!
✦ podaj ten post dalej – udostępnij go w swoich mediach społecznościowych lub podeślij znajomym.
✦ wpadnij na mojego Instagrama oraz FB – śledź moje profile, aby nie przegapić kolejnych artykułów! 

Brak komentarzy: