Wszyscy znają Jana Palacha, ale Słowacja miała własną „żywą pochodnię”. Michal Levčík miał 19 lat, polskie korzenie i długie włosy buntu. W Wielki Piątek 1969 roku protestował przeciwko radzieckiej okupacji w Koszycach. Komuniści zrobili wszystko, by świat o nim zapomniał.
Kiedy myślimy o protestach przeciwko radzieckiej okupacji Czechosłowacji, przed oczami staje nam
Ryszard Siwiec na Stadionie Dziesięciolecia (8 września 1968) i
Jan Palach na praskim placu Wacława (16 stycznia 1969). Obaj przeszli do historii jako symbole sprzeciwu wobec przemocy i apatii. Mało kto jednak wie, że zaledwie trzy miesiące po Palachu, w
Wielki Piątek 11 kwietnia 1969 roku, podobna tragedia rozegrała się w Koszycach.
Przez dekady historia Michala Levčíka była systematycznie wymazywana z narodowej pamięci, a sami Słowacy dopiero dziś, kawałek po kawałku, odkrywają prawdę o swoim własnym „Palachu”.
Biegła ku nam „żywa pochodnia”
Wyobraźmy sobie tamto popołudnie na koszyckim placu Wyzwolicieli (Námestie Osloboditeľov). Jest godzina 17:50, miasto tętni życiem. Ktoś czeka na spotkanie, ktoś przysiada na ławce, inni spacerują po starym mieście.
Wśród nich pojawia się młody mężczyzna w mundurze. Michal jest żołnierzem zaledwie od jedenastu dni. Świadkowie zapamiętają jego spokój. Nic nie wskazuje na chaos czy impuls. Podchodzi pod pomnik nieznanego bohatera walki z faszyzmem (Pamätník neznámeho protifašistického bojovníka) – monument upamiętniający wyzwolicieli, którzy teraz stali się okupantami. Zdejmuje wojskowy płaszcz, starannie układa go obok i przyciska kamieniem. Pod nim zostawia list.
Chwilę później plac rozświetlił oślepiający błysk.
Płomienie były intensywne, Michal w ogniu przebiegł przez ulicę w kierunku sklepu Mototechna. Ludzie rzucili się na pomoc, próbowali gasić go kurtkami i kocami, ale te zajmowały się ogniem natychmiast.
Michal Levčík miał 19 lat. Zmarł w drodze do szpitala. Lekarz opisał później jego ciało bez emocji: „spalone na węgiel”.
Nie tylko on?
Choć Michal Levčík jest najbardziej znanym
słowackim naśladowcą Palacha, dokumenty archiwalne ujawniają, że w samym
styczniu 1969 roku na Słowacji odnotowano od 9 do 10 prób samospalenia
(m.in. w Bratysławie, Skalicy czy Lewoczy). Jednak w większości
przypadków (jak więźnia próbującego uciec z celi czy mężczyzny po kłótni
z żoną) brakowało podłoża politycznego. To właśnie wybór miejsca i
treść apeli czynią z Levčíka jedyną słowacką „żywą pochodnię” o jednoznacznie politycznym, symbolicznym wymiarze.
Profil „mánički” i epizod praski
Kim był?
Przez lata nawet historycy mieli
problem z ustaleniem, kogo właściwie opłakujemy. Dopiero niedawno
ostatecznie rozstrzygnięto kwestię jego nazwiska. Na nagrobku w
rodzinnej Sečovskej Poliance przez lata figurowało nazwisko „Lefčík”.
Był to błąd kamieniarza, który powielił pomyłkę niepiśmiennej matki
Michala. Przez ten jeden detal Michal stał się „nieznanym żołnierzem”
własnej sprawy.
Nowe ustalenia rzucają światło na osobowość, która nie pasowała do komunistycznego ładu. Michal nie był typem żołnierza z propagandowego plakatu. Był tzw. „máničką” – nosił długie włosy, słuchał zachodniej muzyki i bardziej niż socjalistyczna dyscyplina interesował go świat po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Jego ulubiony zespół? The Rolling Stones. Dziś brzmi to niewinnie, ale wtedy był to bunt w czystej postaci.
Niewątpliwie w jego konserwatywnej wsi budziło to spore kontrowersje.
O rodzinie Michala Levčíka wiadomo zaskakująco
niewiele – i to milczenie archiwów jest niezwykle wymowne. Z dokumentów
wyłania się obraz człowieka bez twarzy, sprowadzonego do kilku suchych
danych: ojciec Michala był Polakiem, robotnikiem, głową biednej,
greckokatolickiej rodziny żyjącej w Sečovskej Poliance pod numerem 115.
W
tej części wschodniej Słowacji takie mieszane korzenie były
codziennością – matka Michala była Rusinką, a tożsamość często
dopasowywała się do urzędowych formularzy bardziej niż do
rzeczywistości. Nawet nazwisko nie było stałe: w metryce chłopaka
widniało polsko brzmiące „Lewczik”. Dopiero w latach 50., wraz z
uzyskaniem czechosłowackiego obywatelstwa, rodzina przyjęła formę „Levčík”. To drobny detal, ale dobrze pokazuje świat, w którym żyli –
świat, gdzie nazwisko mogło się zmieniać, a człowiek łatwo znikał w
dokumentach.
Od sierpnia 1968 roku pracował w Pradze jako robotnik. To właśnie tam, w atmosferze napięcia po inwazji wojsk Układu Warszawskiego, mógł zetknąć się z ideami, które kilka miesięcy później doprowadziły go do ostatecznego kroku. Istnieją relacje rodzinne sugerujące, że mógł znać Jana Palacha osobiście lub być częścią grupy jego naśladowców. Ale w archiwach brakuje na to dowodów.
Zgodnie z raportem Służby Bezpieczeństwa w Koszycach, Michal Levčík 1 kwietnia 1969 r. rozpoczął podstawową służbę wojskową w jednostce wojskowej w Strážskim. Po trzech dniach został przewieziony do szpitala w Koszycach. Miał tam przebywać na leczeniu do 11 kwietnia 1969 r., kiedy to między dziewiątą a dziesiątą godziną został wypisany i odebrany przez szeregowego Dušana Kozáka. Zamiast jednak wspólnie udać się do jednostki w Strážskim, Michal Levčík z niejasnych powodów poruszał się sam po Koszycach. Śledczy ustalili, że po południu kupił dwie butelki wódki. Kilka godzin później stał już na placu z zapałkami w dłoni.
Symbolika miejsca i manipulacja
Wybór miejsca nie był przypadkowy. Námestie Osloboditeľov to punkt, w którym w sierpniu 1968 roku doszło do najkrwawszych starć mieszkańców Koszyc z radzieckimi okupantami (zginęło wtedy 7 osób). To jedno z najkrwawszych miejsc na Słowacji tamtych dni.
Ofiary sierpniowej okupacji w Koszycach
Oddziały radzieckie pojawiły się w Koszycach wczesnym rankiem 21
sierpnia 1968 roku. Przemieszczały się w kierunku Moldawy ulicami
Sečovská, Prešovská i Palackého oraz przez plac Wyzwolicieli. Tu po
dziewiątej godzinie sytuacja się zaostrzyła. W miejscu, gdzie niecałe
osiem miesięcy później podpalił się Michal Levčík, zgromadziło się około
czterystu osób, które zbudowały barykady na skrzyżowaniach i rzucały
kamieniami w wojskowe samochody. Na ówczesnej ulicy Lenina (dzisiaj
Hlavná) blokowali przejazd kolumny, zatrzymując tramwaj. Żołnierze
radzieccy zareagowali strzałami, najpierw w powietrze, a następnie
również w tłum. Kierownictwu koszyckiej VB [Verejná
bezpečnosť, odpowiednik Milicji Obywatelskiej, MO] w Koszycach w końcu,
po uzgodnieniu z dowódcą wojsk radzieckich, udało się przekierować
przejazd jednostek wojskowych. Do starć dochodziło jednak również w
innych miejscach Koszyc. Zgodnie z końcowym raportem komisji powołanej w
2013 roku przez prezydenta Koszyc, bezpośrednio na ulicach miasta od 21
sierpnia do 8 października 1968 roku zostało zabitych przez żołnierzy
radzieckich łącznie 11 osób, w tym jeden żołnierz radziecki.

Levčík zostawił
list pożegnalny, który znaleziono pod płaszczem wojskowym. Oryginał jednak zaginął, a w aktach śledztwa zachowały się jedynie dwa milicyjne odpisy pełne błędów. Michal miał w nich napisać:
„Proszę Was, wystąpcie o to, aby na całym świecie był spokój, pokój, abyśmy się rozumieli jak ludzie, nie jak zwierzęta. [...] W takim świecie nie da się żyć”.
Historycy uważają, że chaotyczny język listu i wzmianki o wojnie w Wietnamie mogły być
celowo zniekształcone przez śledczych ŠtB [
Štátna bezpečnosť - odpowiednik Służby Bezpieczeństwa, SB], by przedstawić chłopaka jako osobę zdezorientowaną i chorą psychicznie. Co nie było odosobnionym przypadkiem. Robienie wariatów z osób „niewygodnych” dla reżimu było w Czechosłowacji na porządku dziennym.
 |
| Rzekomy odpis listu Michala |
Skala represji: Operacja „Zapomnienie”
Machina państwowej dezinformacji ruszyła niemal w tej samej sekundzie, w której ugaszono ogień na placu. Reżim, przerażony widmem powtórki masowych protestów, jakie miały miejsce po pogrzebie Jana Palacha, zrobił wszystko, by o czynie Levčíka nikt się nie dowiedział.
W lokalnej prasie ukazała się jedynie lakoniczna, cyniczna wzmianka pod tytułem Módna smrť (Modna śmierć), w której celowo podano błędne inicjały ofiary (J.V.), aby uniemożliwić rodzinie i znajomym identyfikację chłopaka.
Nadzór nad śmiercią Michala przeniósł się prosto do szpitala – lekarze i pielęgniarki z koszyckiego szpitala przy ulicy Rastislavovej byli zastraszani. Dopiero dekady później świadkowie wyznali, że na korytarzach oddziału przez całą noc dyżurowali „smutni panowie” w cywilnych garniturach, których jedynym zadaniem było
dopilnowanie, by nikt nie wykonał dokumentacji fotograficznej i by karta zgonu pozostała jak najbardziej lakoniczna. Nawet lekarze przyjmujący ciało otrzymali kategoryczny zakaz dokonywania jakichkolwiek wpisów w księgach.
Według relacji lekarza, dr. Viliama Polyaka, którą na początku lat 90. zapisał publicysta Tibor Ičo, ciało młodego żołnierza przywieziono na chirurgię koszyckiego szpitala zawinięte w wojskową płachtę. Doktor Polyak tak zapamiętał ten potworny moment:
„Po odkryciu zobaczyłem na stole kompletnie spalonego człowieka, niskiej postury, który nie dawał żadnych znaków życia. Podczas badania, gdy tylko go dotknąłem, odpadł mu jeden palec. Oczu nie miał wcale, był całkowicie spalony”.
Represje uderzyły z całą siłą w najbliższych Michala, których życie zamieniono w pasmo upokorzeń i strachu. Ostatnie pożegnanie w rodzinnej Sečovskej Poliance nie było godnym pogrzebem, lecz operacją służb bezpieczeństwa. Szczątki przywieziono w zalutowanej trumnie, a uroczystość odbywała się pod czujnym okiem funkcjonariuszy ŠtB, gotowych stłumić każdą próbę manifestacji. Służba bezpieczeństwa nie poprzestała na inwigilacji – skonfiskowano rzeczy osobiste chłopaka, wymazano jego historię medyczną, a nawet posunięto się do fałszowania dokumentacji szkolnej. Reżim chciał stworzyć obraz „elementu antyspołecznego” i osoby zaburzonej, sugerując, że Michal został wyrzucony ze szkoły zawodowej, choć w rzeczywistości najprawdopodobniej ją ukończył. Symbolem tego systemowego zatarcia pamięci stał się ostatecznie sam nagrobek z błędnym nazwiskiem „Lefčík”. Ten jeden błąd, wspierany przez milczenie władz, sprawił, że prawdziwy Michal Levčík zniknął z kart historii na niemal pół wieku.
Symboliczny koniec milczenia
Przez lata starania o upamiętnienie Michala blokowali urzędnicy, domagając się „ekspertyz” i podważając polityczny charakter jego czynu. Gdyby nie determinacja artysty-aktywisty Petera Kalmusa, który od 1989 roku (często nielegalnie) stawiał tymczasowe pomniki i świeczki na placu, pamięć o Michale mogłaby zginąć na zawsze.
Dopiero w 2019 roku, w 50. rocznicę tragedii, na placu Wyzwolicieli w Koszycach odsłonięto pamiątkową tablicę. Michal Levčík przestał być błędem w papierach – stał się symbolem oporu, który przez pół wieku tlił się pod warstwą milczenia.
Gorzką ironią losu jest to, że ta niewielka, skromna tablica
upamiętniająca Michala znajduje się nieopodal potężnego, dominującego nad
placem pomnika radzieckich „wyzwolicieli”. Ta przestrzeń zresztą do dziś budzi ogromne
emocje. W świetle rosyjskiej agresji na Ukrainę koszycki monument stał
się stałym celem protestów i regularnych dewastacji, a w przestrzeni
publicznej toczą się burzliwe dyskusje o tym, czy symbole totalitarnej
armii w ogóle powinny nadal zajmować centrum miasta. To jednak opowieść
na osobny post...
Dziś, przechodząc przez plac Wyzwolicieli w Koszycach, warto skierować swoje kroki także pod pomnik nieznanego bohatera walki z faszyzmem, na chwilę przystanąć i poszukać nierzucającej się w oczy tablicy upamiętniającej chłopaka o polskich korzeniach, który kochał Rolling Stonesów.
Brak komentarzy: