Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Mediolanie i Cortinie ledwo się zaczęły, a my już mamy pierwsze rekordy świata. Niestety, nie w skokach narciarskich czy slalomie gigancie, ale w naszej ulubionej, środkowoeuropejskiej dyscyplinie: narzekaniu.
O co tyle krzyku? Rozłóżmy ten olimpijski dres na czynniki pierwsze.
Polska: Katalogowy „Gang Biedroniaków”
Polska reprezentacja zaprezentowała się w strojach giganta – firmy Adidas. I choć prezes PKOl Radosław Piesiewicz nie szczędził zachwytów nad jakością i detalami, internauci oraz eksperci od wizerunku byli mniej łaskawi.
Główny zarzut? Brak tożsamości. Okazało się, że polskie biało-czerwone dresy to model katalogowy, w którym maszerowały również reprezentacje Albanii, Turcji czy Węgier. „Jeden koszt, a dwie faktury” – drwili dziennikarze. Padły mocne porównania do ekip przeprowadzkowych, kurierów, a nawet „Gangu Biedroniaków”.
Polscy kibice z nostalgią wspominają czasy, gdy ubierała nas rodzima marka 4F. Dlaczego? Bo tamte stroje były „nasze”, projektowane pod naszą historię i personalizowane tak, by nikt nie pomylił Polaka z Albańczykiem.
Słowacja: Historia z legendą łyżwiarstwa
Tymczasem na Słowacji sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Słowacki Komitet Olimpijski (SOŠV) postawił na storytelling. Ich kolekcja, przygotowana przez polską markę 4F, to majstersztyk detalu.
Głównym motywem graficznym jest tzw. Loop – jedna z obowiązkowych figur łyżwiarstwa figurowego, w której mistrzem nad mistrzami był legendarny Ondrej Nepela. Projektanci 4F przekształcili linię przejazdu Loop-a w nowoczesny wzór, który z daleka przypomina czterolistną koniczynę, a z bliska – cztery osoby trzymające się za ramiona.
To design z duszą, który krzyczy: „Jesteśmy ze Słowacji i mamy piękną historię”. Wydawać by się mogło, że Słowacy powinni pękać z dumy, prawda?
Słowacki bunt: „Dlaczego wspieramy Polaków?”
Nic z tych rzeczy. Na Słowacji zawrzało, ale nie z powodu wyglądu kurtek, lecz ich... metki. Politycy opozycyjni (z Progresívneho Slovenska) podnieśli alarm: dlaczego słowaccy sportowcy promują polski biznes, a nie rodzime rzemiosło?
Nasz komitet olimpijski dysponuje historycznie największą kwotą środków publicznych. Miał szansę pokazać, że Słowacja ma potencjał nie tylko na stadionach, ale także w pracowniach. Zamiast tego wysłaliśmy zamówienie do Polski. Żadnego słowackiego designu, żadnej historii – powiedziała posłanka Dana Kleinert (PS), która jest projektantką mody.
Argumenty są ciężkie: publiczne pieniądze płyną do Krakowa (siedziba 4F), zamiast wspierać słowackie szwalnie, projektantów i regionalne fabryki.
Brutalna rzeczywistość
Dlaczego zatem Słowacy wybrali 4F?
Odpowiedź rzecznika SOŠV, Petera Pašutha, jest pragmatyczna: pieniądze i możliwości.
1. Marketingowy gigant: 4F (firma OTCF) to już nie jest lokalny sklepik, ale regionalny hegemon. Ubierają nie tylko Słowację, ale też Ukrainę, Grecję, Chorwację i Kosowo. Stać ich na potężne kontrakty sponsorskie, których małe słowackie firmy nie są w stanie udźwignąć. A Słowacki Komitet Olimpijski podkreśla, że to nie tylko zwykła umowa na dostarczenie ciuchów, ale współpraca marketingowa.
Możemy zapewnić wszystkich, że dzięki współpracy marketingowej oszczędzamy publiczne środki. - mówi rzecznik Pašuth.
Zazwyczaj umowy tego typu oznaczają, że dostawca zapewnia odzież dla sportowców bezpłatnie lub ze znaczną zniżką, a w zamian otrzymuje możliwość promocji podczas ważnych wydarzeń sportowych, które oglądają miliony widzów na całym świecie.
2. Upadek fabryk: To bolesny punkt. Tradycyjne słowackie zakłady odzieżowe, jak słynna Makyta w Púchovie, albo upadły, albo mają ogromne problemy finansowe, które pogłębiają kolejne pakiety „łatania” dziury budżetowej wprowadzane przez rząd Ficy. Inne znane marki, jak Zajo czy Northfinder, choć mają słowackie serce i design, już dawno produkcję przeniosły do Azji. A i w ich przypadku raczej wątpliwe jest, czy dałyby radę ogarnąć takie kompleksowe zamówienie.
W efekcie słowacki komitet stanął przed wyborem: albo droga i rozdrobniona produkcja lokalna, albo sprawdzony, wysokiej jakości partner z sąsiedztwa, który oferuje pełen pakiet – od dresów treningowych po galowe stroje na ceremonię.
Werdykt: Podwójny medal z ziemniaka
I tak oto koło absurdu się zamyka.
Polacy mają światową markę (Adidas), ale płaczą za polskim 4F.
Słowacy mają polskie 4F (z genialnym, lokalnym designem), ale płaczą za marką słowacką.
Wygląda na to, że w tej konkurencji obie nacje ex aequo stają na najwyższym stopniu podium, odbierając zasłużony medal z ziemniaka. Bo niezależnie od tego, jak bardzo starają się projektanci, my i nasi sąsiedzi zawsze znajdziemy powód, by stwierdzić, że u sąsiada trawa (lub dres) jest jednak bardziej zielona.
A gdzie w tym wszystkim sport?
W całym tym szumie o kurtki, dresy i metki zapominamy o jednym, najważniejszym szczególe. Na igrzyska nie jedzie się po to, żeby najlepiej wyglądać na stadionie podczas otwarcia, ale po to, żeby wygrywać na arenach.
Historia sportu nie raz pokazała, że najpiękniejszy dres nie doda nikomu prędkości na zjeździe, a „katalogowa” kurtka nie odbierze talentu skoczkowi. Na koniec dnia liczy się hart ducha, lata wyrzeczeń i ten jeden, idealny przejazd. Kiedy nasi sportowcy staną na podium – czy to w Adidasie, czy 4F – kolor ich dresu będzie ostatnią rzeczą, o której będziemy myśleć, słuchając hymnu.
Może więc czas odłożyć modowe lupy na bok i zacząć po prostu trzymać kciuki? Bo w ostatecznym rozrachunku to nie metka zdobywa medale, ale ludzie, którzy ją noszą.




Brak komentarzy: