Folklor na Słowacji właśnie przestał być grzeczny. Zamiast tańczyć pod dyktando władzy, zaczął gwizdać, śpiewać i mówić „nie” – głośno, publicznie i bez żadnych ozdobników.
Są takie momenty, kiedy rzeczy, które miały być „ładnym tłem do zdjęć”, nagle wstają, otrzepują się z kurzu i mówią: dość. I właśnie to dzieje się teraz na Słowacji.
Folklor – przez lata traktowany przez polityków jak wygodny rekwizyt do budowania „narodowej narracji” – przestał być dekoracją. Zaczął mówić własnym głosem. I to takim, którego nie da się już zagłuszyć ani przemówieniem, ani kolejnym „patriotycznym” strojem złożonym z przypadkowych elementów.
O tym właśnie napisałam w moim najnowszym artykule dla Nowej Europy Wschodniej. To historia, która zaczyna się od gwizdów na festiwalu, a kończy pytaniem o stan demokracji.
W artykule przeczytasz o:
- tym, jak słowacki folklor z narzędzia propagandy stał się formą sprzeciwu
- kulisach konfliktu wokół Ministerstwa Kultury i działań Martiny Šimkovičovej
- paraliżu Funduszu Wsparcia Sztuki (FPU) i jego realnych konsekwencjach
- protestach środowiska folklorystycznego – od odmowy występów po uliczne happeningi
- historii protest songu, który niespodziewanie stał się hymnem oporu
- tym, dlaczego walka o folklor to dziś walka o coś znacznie większego niż kultura
Dlaczego warto kliknąć?
Bo to nie jest kolejny tekst o „ładnych strojach i tańcach”. To opowieść o tym, jak tradycja potrafi się zbuntować – i zrobić to z większą siłą niż niejeden polityczny manifest.
A przy okazji: jeśli ktoś jeszcze wierzy, że folklor to tylko cepelia i festyny dla turystów… to mam dla niego bardzo głośną, wyśpiewaną niespodziankę.
Zapraszam do lektury pełnego tekstu!

Brak komentarzy: